Ciekawostki

Synchroniczność

Synchroniczność, zjawisko zbieżności zdarzeń w świecie materialnym ze stanem psychicznym człowieka, ciągle jest procesem zagadkowym i niewyjaśnionym przez środowisko naukowe, choć zdefiniowane i opisane przez genialnego wizjonera XX wieku, C.G. Junga. Ezoterycy nie mają problemu z zaakceptowaniem faktu istnienia zdarzeń znaczącej koincydencji, przyjmują, bowiem z założenia, że „podobne przyciąga podobne”, że psyche i materia to w istocie dwa różne aspekty tej samej rzeczy, że myśl jest energią itd.

    Każdy z nas wielokrotnie doznał zadziwiających zbiegów okoliczności, które miały znamiona małych cudów, magicznego, w swoim nieprawdopodobieństwie, zejścia się w tym samym czasie znaczeń podobnych. Ta boska zgodność, szczególna i subtelna, jest być może pomocą sił wyższych w procesie rozwoju duchowego. Często, jeśli jesteśmy jej świadomi, odbieramy ją, jako przyzwolenie na określone działania lub poparcie dla naszych zamiarów powziętych w danej chwili.

       Jako astrolog stawiam naturalnie tezę, która jedynie uzupełnia wnioski formułowane, powyżej, że tranzyty i progresje cyklicznie aktywizują pewne wzory energii zawarte w aspektach astrologicznych naszego osobistego kosmogramu urodzeniowego. Zawarte w kodzie treści muszą się przecież w wyznaczonym czasie zamanifestować i na różnych poziomach przejawić.

       Tego lata, ( a dokładnie 8 lipca 2011 roku), niezależnie od siebie nawarstwiły się w moim życiu podobne w klimacie wydarzenia i dotyczyły starości, śmierci, przemijania. Bardziej, więcej i intensywniej niż kiedykolwiek indziej. A oto kilka faktów. Zaczęło sie już od samego rana, kiedy zawiozłam ciężko chorą mamę do szpitala i tam mój wzrok przykuł człowiek, a raczej cień człowieka na wózku, który w centrum izby przyjęć został wyeksponowany przez obsługę szpitala, bez żadnego wstydu i szacunku dla niego samego i reszty otoczenia.  Pomyślałam, że to, co widzę to okrucieństwo losu pomieszane z brakiem taktu, refleksji, a także objaw estetycznego znieczulenia pielęgniarek. Jakie prawo zezwala tak bezceremonialnie ukazywać innym krańcowo wycieńczone i zniszczone ciało ludzkie, ledwo odziane w zmęczoną własnym życiem piżamę „z urzędu”. Mężczyzna był zaniedbany, brudny, wygląd paznokci u rąk i gołych nóg przyprawiał o nudności; marna zewnętrzna warstwa cielesna nieszczelnie pokrywała pewnie marną duszę. O oczach nie napiszę nic, to za trudne. Pracownica izby bez skutku usiłowała nawiązać z pacjentem kontakt, ale dość szybko przestała odmieniać przez przypadki pytanie „czy ma pan ubezpieczenie”. Jej wyraz twarzy najjaśniej wyrażał pewność, że zdegenerowany alkoholem mózg, podobnie, jak zewnętrzna powłoka, nie podejmie już żadnego wymagającego wysiłku zadania. Z dyżurki ktoś krzyknął, że ów człowiek miał przy sobie tylko stary kwit na zakup węgla. Obraz nędzy utrwalał się miast rozmywać z każdym kwadransem godziny, poczułam bezsilność wobec nachalności wydarzenia. Widok mizerii ludzkiej, nietrwałości i destrukcji ciała przygnębił mnie i z każdą chwilą wdrukowywał się głębiej w moją pamięć, tworząc klimat dnia. Ktoś kiedyś przytulał to ciało? Komuś ciało to pięknie i słodko pachniało? Ktoś pragnął je posiąść jak najintymniej? Tak trudno sobie to było wyobrazić!

           Po południu rozmawiałam z trzema klientkami, które nie mogą pozbyć się smutku po przedwczesnej śmierci życiowych partnerów, wciąż cierpią wyjątkowo dotkliwie, nie mają nadziei na miłość i już nie liczą na pozytywne zmiany. Jedna z Pań straciła dwóch mężów, inna po pięciu latach żałoby nie może otrząsnąć się ze smutku, nie chce dłużej żyć i pragnie umrzeć… Towarzyszyły nam łzy i intensywne emocje… Z zaangażowaniem przekonywałam, że będzie jeszcze dobrze.  A wieczorem, żeby się odprężyć, włączyłam telewizor i obejrzałam pierwszy od dawien dawna film, czego właściwie nigdy nie robię! „Hanami - kwiat wiśni” to pełen poezji, wzruszający dramat o sensie życia, potędze miłości, przywiązaniu i o tęsknocie za zmarłą żoną… To była najpiękniejsza i najbardziej dojmująca ilustracja klimatu dnia.    

 

 

 

 

Jolanta Welter